Sytuacja jest prosta – jeżeli wyjdę z domu około 7:40, mogę złapać autobus, który jest jakoś w okolicach za piętnaście ósma, albo iść na piechotę – spokojnie da się dojść z domu na uczelnię w ciągu 15 minut. Jeżeli wyjdę z domu później, nadal mogę dotrzeć na czas, wystarczy, że wskoczę do autobusu, który odjeżdża za pięć ósma. Mieszkam stosunkowo blisko i mam na dodatek dwa autobusy w okolicach 8 rano, teoretycznie więc, nie ma szansy, żeby nie dotrzeć na czas. Jak więc, do cholery, dzieje się tak, że na pierwszych zajęciach ląduje zwykle 5 – 10 minut po ich rozpoczęciu? Cóż, to proste.
Chodzi o samochód.
